sobota, 28 czerwca 2014

Koncert Charytatywny na rzecz Misji Siloe

Bilet do RPA już zakupiony, wiza wbita do paszportu, szczepienia jeszcze ważne, walizki tylko czekają na spakowanie. Dzięki pomocy wielu ludzi udało się zebrać środki finansowe, za które zostały zakupione leki i sprzęt medyczny potrzebne do pracy w Siloe. Niektórzy zaoferowali pomoc rzeczową, dzięki czemu w afrykańskim gabinecie zagości EKG, sterylizator, środki opatrunkowe, rękawiczki i wiele innych. Wciąż jednak brakuje na zakup ważnych leków ( wszelkiego rodzaju przeciwinfekcyjne, tj antybiotyki w różnej postaci, przeciwpasożytnicze i inne) oraz mikroskopu, dzięki któremu mogłabym m.in. badać dzieci w kierunku pasożytów przewodu pokarmowego. Z tej okazji organizowany jest Koncert Charytatywny  ZDROWA AFRYKA, na który serdecznie Was wszystkich zapraszam. Koncert odbędzie się 30 czerwca o godz. 20:00 w Piwnicy Artystycznej Kawon w Zielonej Górze.


WYSTĄPIĄ: Jadwiga Macewicz, Paulina Maciejewicz, Aleksandra Sieroń, Małgorzata Grupa i Patrycja Nowicka.

Oprócz talentów wokalnych czeka Was wiele innych atrakcji. :)

Wstęp to tylko 5 zł, za tylko jestem w stanie zakupić już jedno opakowanie leku przeciwpasożytniczego, który wystarczy, by wyleczyć jedno dziecko. Zachęcam więc do przyjścia!


Misje Siloe można wesprzeć także dokonując nawet drobnych wpłat na konto:

Nr konta i dane ( konieczny dopisek „POMOC DLA SILOE”):
Fundacja Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”
ul. Grunwaldzka 86, 60-311 Poznań,
Nr konta: 09 1090 2255 0000 0005 8000 0192
W tytule: POMOC DLA SILOE


W tym roku o misji Siloe i moich działaniach tutaj i w Afryce można czytać także na facebooku:

https://www.facebook.com/MisjaZdrowaAfryka

poniedziałek, 26 maja 2014

Wracam

Wracam do prowadzenia bloga, wracam do Afryki! Tym razem w liczbie pojedynczej. Wiedziałam, że muszę to zrobić w dniu powrotu z ostatniej misji. Wiem, że aby osiągnąć dobre i trwałe rezultaty poprawy zdrowia wśród mieszkańców Płd. Afryki potrzeba jeszcze dużo pracy. Podczas tego wyjazdu chcę rozszerzyć działalność, wprowadzić więcej edukacji prozdrowotnej, profilaktyki chorób, edukować rodziców i opiekunów. Dużo pracy na mnie czeka, a czasu nie tak dużo, bo tym razem spędzę w Afryce ok 2,5 mies.
Ponownie wyjeżdżam jako wolontariuszka Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio, która stanowi moje główne wsparcie. Wciąż jednak brakuje środków finansowych na zakup materiałów i realizacje wszystkich zadań. Mam jeszcze ponad miesiąc do wyjazdu, wierzę w ludzi dobrej woli i nie próżnuję, działam, działamy wszyscy! Będę teraz zamieszczać regularnie informacje o postępach i tych, którzy postanowili wesprzeć mnie i Misję. A już od lipca napiszę, co się zmieniło przez rok w Siloe, jak będzie przebiegać moja praca. Wspomnę o nowych ludziach, których poznam, o nowych zwyczajach, które mnie zaskoczą, opiszę zapach unoszący się w suchym powietrzu Afryki, kolory nieba, gdy zachodzi słońce i dźwięki afrykańskiego buszu.
Drodzy czytelnicy zostańcie z nami!

A.

piątek, 6 grudnia 2013

Tata Mandela

Ok 3 miesiące temu w RPA:
Od rana słyszę dobiegający z Misji śpiew, w radosnych melodiach szybko wyłapuję hymn RPA i "Mandela" "Madiba". Dzieci i pracownicy misji poubierani w koszulki z wizerunkiem Mandeli szybko mnie uświadomili, że dziś ich Przywódca, ich Tata Mandela obchodzi 95 urodziny. Urodziny czyli oficjalnie Dzień Mandeli w RPA obchodzony jest jako dzień pomocy innym, a Afrykańczycy obchodzą go nie jeden dzień , ale tydzień życząc sobie nawzajem aby każdy dzień był w Afryce Dniem Mandeli.
Tydzień Mandeli obchodzono również hucznie u nas w Siloe. Przyjechali sponsorzy i przedstawiciele Południowoafrykańskiego Rządu aby wesprzeć Misje i wspólnie świętować to, że mają tak wspaniałego człowieka w swoim kraju. Hasło przewodnie "Take action, inspire change and make every day a Mandela Day". Dzieci śpiewały o Mandeli, wplatając pomiędzy krótkie scenki ukazujące Mandelę po wyjściu z więzienia i przejęciu władzy przemawiającego do ludu południowoafrykańskiego o przebaczeniu, zakończeniu walk i przemocy, końcu nienawiści wobec tych, którzy skrzywdzili. Radość, wzruszenie i łzy wśród świętujących.
Niestety spodziewaliśmy się, że to być może ostatnie urodziny ciężko chorującego Mandeli, ludzie jednak nie dopuszczali myśli, że ich Wielki Człowiek może odejść, zatrzymywali nas na wiosce, prosząc o modlitwę za Mandelę, mówiąc, że On musi żyć!

Którego razu dzieci pytają mnie:
-Wiesz kto to Nelson Mandela?
-Tak, jest znany na całym świecie.
-A kogo Wy w Polsce kochacie tak bardzo, jak my kochamy Mandele?

wtorek, 29 października 2013

O miejskim życiu w Afryce słów kilka

       Któregoś niezbyt pięknego dnia, jednego z tych kiedy to nad Siloe zebrały się chmury i były tak nisko, że miało się wrażenie, że można ich dotknąć, a mimo to kropli deszczu nie uraczyliśmy postanowiliśmy wybrać się do miasta. Tym razem nieco inaczej niż zwykle.

 
      Idąc w kierunku miejsca, które miejscowi wskazali nam jako przystanek dla minibusów zatrzymał się samochód tuż obok nas i pewna pani zaproponowała, że nas podrzuci. Mimo, że kusiło nas by skorzystać z najpopularniejszego transportu miejscowych, czyli szalonych minibusów postanowiliśmy zabrać się z miłą panią i drogą powrotną dojechać na wioskę busem. W mieście postanowiliśmy pozwolić sobie na zwykłe włóczęgostwo, czyli sposób zwiedzania RPA, którego raczej się nie poleca, jak zwykle ze względu na bezpieczeństwo. Wiadomo, że najciekawiej tam, gdzie niekoniecznie bezpiecznie, ale pochowaliśmy aparaty i inne kuszące los urządzenia i ruszyliśmy w stronę największej ulicy Polokwane  - Church. Po drodze mijaliśmy obszar tzw. "usług ulicznych" , fryzjerskich, gastronomicznych, panów "złote rączki" i inne. Najpopularniejsze były salony fryzjerskie, pod których to dachem w postaci płachty rzuconej na dwa pale roześmiani panowie strzygli,  a panie zaplatały warkocze podśpiewując wraz z muzyką, która ogarniała całą ulicę Church. Tu warto wspomnieć, że w podobny sposób "buduje się" myjnie samochodowe, jak np. na naszej wiosce. Wierzcie mi, nie trzeba nie wiadomo jak drogiego sprzętu, aby otworzyć własną myjnię samochodową, wystarczą cztery pale pokryte plandeką, wiadra z wodą, gąbka, płyn i to wszystko zwieńcza namalowany własnoręcznie wielkimi, kolorowymi literami napis "Car wash". Ale wracając do Church street, po powrocie od fryzjera można zahaczyć również o dentystę ulicznego, który to na swym stoisku usługowym wyrwie zęba, po czym zakupić kilogramy owoców i mopane worms, o których pisałam wcześniej. Pani nakładając ręką garść robaków dzwiąc się, że kupuje je biała osoba z radością udziela dokładnych wskazówek, jak je przyrządzić. I mogłabym tak wymienić, co jeszcze można sobie zafundować na tętniącej życiem Church street, z której to dobiegają dźwięki przekrzykujących się kobiet i afrykańskiej muzyki, na której to przepisy drogowe każdy ustala sam i świat wydaje się , że biegnie według własnego porządku. Ok. 17 uznaliśmy, że skoro za godzinę zacznie się ściemniać to czas ruszyć  na poszukiwanie czegoś, co miało nam służyć za transport do Siloe. Pokierowane nas na dworzec autobusowy odjeżdżający z ulicy nie żadnej innej, jak Church. Kierowca widząc nas nieco dziwił się, że nie dość że dwójka białych tutaj się kręci, to jeszcze pcha się na podróż minibusem. Zaproponował nam jednak honorowe miejsce z przodu, ja usiadłam w środku podziwiając kierownicę zdobioną kwiatami, a Marcin zastanawiał się jak usiąść na ruszającym się we wszystkie strony fotelu i jak zamknąć niezamykające się drzwi bi do tego jeszcze nie wypaść podczas jazdy. Kierowca wykonał jednak kilka szybkich ruchów, tj dopchnął krzesło w głąb pojazdu, a drzwi odpowiednio zatrzasnął przytrzymując ich różne części w między czasie. Wcześniej wprawdzie nas uprzedzono, że te transportowe busy nie przechodzą zazwyczaj przeglądów i powodują najwięcej wypadków drogowych, jednak gdy już weszliśmy do środka i poczuliśmy znów afrykański klimat zapomnieliśmy o tych informacjach. Kobiety ubrane w kwieciste suknie i dobrane do koloru chusty na głowie kołysały się w afrykańskich rytmach, które to kierowca nam zafundował z radia. W busie czuć było zapach świeżych owoców i warzyw zakupionych na targach wypełniających wielkie torby kolorowych kobiet, które oczywiście zostały przyniesione na głowie ( tak afrykańskie kobiety noszą na głowie torby z zakupami, worki z ziemniakami, miski z praniem, wiadra z wodą, kartony i właściwie to nie wiem, czego by nie były w stanie umieścić i przenieść na swej głowie). Ruszyliśmy trąbiąc na wszystko i wszystkich po drodze, czasem mieliśmy wrażenie, że kierowca naciska na klakson w rytm muzyki, ogólnie na afrykańskich drogach trąbi się bez przerwy, chyba tak po prostu dla zasady. Nic tu po przepisach, minibusy wyznają dwie reguły: tak szybko, jak tylko się da i tak dużo pasażerów, jak tylko się zmieści. Teraz rozumiem skąd te statystyki. Kierowca rzeczywiście nogi z gazu nie spuszczał wyprzedzając po drodze wszystko, co się dało wyprzedzić, ile km na godzinę jechał tego nie wiemy, gdyż licznik nie działał. Wjechaliśmy do naszej wioski, na główną drogę, po której bez przerwy przechodzą krowy, osły, kozy, kury i biegają dzieci i znów pojawia się na twarzy uśmiech na widok znaku ograniczenia prędkości zaledwie do 80 km/h. 
No dojechaliśmy busem pod same bramy misji i musimy przyznać, że wyprawa mimo, że tylko do Polokwane okazała się pełna wrażeń.




sobota, 12 października 2013

Mali artyści


Umiejętności muzyczne i taneczne to najpowszechniejsze wrodzone talenty Afrykańczyków. Odrobina muzyki, a cała grupa porywa się do tańca i tak w autobusach stojących w korku widać zamiast sfrustrowanych pasażerów, tańczących, rozśpiewanych ludzi. Przechodząc po sklepach, straganach wśród soczystych owoców Afryki i wszelkich rozmaitości służących do wszystkiego i do niczego  słychać piękne głosy afrykańskich kobiet w jeszcze bardziej kolorowych strojach niż te wszystkie owoce. Obecność bębnów na mszy świętej to norma, wystarczy kilka uderzeń, aby wszyscy poderwali się do śpiewów i tańca. Bębny to jedno, standard, ale wrażenie robią własnoręcznie zrobione instrumenty, grzechotki i inne. Niektórzy wierzą, że gra na tych niecodziennych instrumentach przywołuje Ducha Świętego.
Taniec i śpiew wnoszą pozytywne wibracje w każdą atmosferę, dodają energii i wiary, wiary np. w utęskniony deszcz. Dwa tygodnie temu cała parafia zebrała się w jednym miejscu, na otwartej przestrzeni, by całą noc modlitwą, śpiewem wybłagać deszcz. Rezultat był taki, że chmury owszem się zebrały, w niektórych wioskach popadało, a w Siloe jak to w Siloe spadło zaledwie kilka kropel. Sytuacja robi się nieciekawa, bo zasobów wody już coraz mniej, co skutkuje brakiem wody na misji co pewien czas. Pora deszczowa jednak zbliża się wielkimi krokami, więc wierzymy, że całonocne modły poskutkują i do Siloe przyjdzie upragniony deszcz.
Co dzień po oknami naszego domu i gabinetu słyszeliśmy głosy uczniów układające się w piękne melodie.



Kto zna sztukę decoupage te  wie, jakiej skrupulatności i dokładności wymaga ta praca. Czy zatem nie mając dobrego wzroku lub nie mając go wcale jest się wstanie stworzyć artystyczne dzieło decoupage? Oczywiście, zamiast wzroku wystarczy wyobraźnia, a dowodem na to są niewidome i niedowidzące dziewczyny z misji, których rezultaty pracy widać poniżej.




Od 3 dni jesteśmy już w Polsce. Trudno było wracać, opuszczać Afrykę, o której marzyliśmy, wspaniałych ludzi, których poznaliśmy, w tym dzieci, siostry oraz wolontariuszy i pracowników misji. Dziękujemy wszystkim, którzy pomogli nam w przygotowaniach do wyjazdu, którzy nas wspierali przez te 3 miesiące, zarówno tych z Polski jak i z Południowej Afryki. 
Zostało jeszcze dużo historii do opowiedzenia, wrażeń do podzielenia się, w sercu wciąż Afryka, więc kontynuacja bloga będzie stanowiła teraz jeszcze większą przyjemność.

czwartek, 26 września 2013

Euorpa ma zegarki, Afryka czas.

-Jestes mezatka?
-Nie.
-Wiesz, mam syna, zapoznam Cie z nim, potem zaplacimy lobole i bedziesz mogla zostac jego zona.

     Lobola stanowi tutaj dar slubny dla rodziny panny mlodej, jako wyraz wdziecznosci za wychowanie corki, czy pierwotnie jako pojednanie pomiedzy rodzinami nowozencow. Srednio placi sie rownowartosc 12 krow, ci bardziej nowoczesni uzywaja pieniedzy czy nawet kart kredytowych.  Im kobieta bardziej wyksztalcona tym rodzina wymaga wiekszego daru. Ustalenie wysokosci loboli odbywa sie za posrednictwem mediatora, czasem zas dwie rodziny spotykaja sie, stawiajac na stole butelke alkoholu, ktory ma sluzyc rozluznieniu napietej atmosfery, a nie spozyciu zawartosci butelki. 
Obowiazek placenia loboli dotyczy kazdego mezczyzny chcacego zawrzec zwiazek malzenski. Spotyka sie we wioskach pary zyjace razem, posiadajace dzieci, ale nie uznane za malzenstwo, gdyz mezczyzna nie zaplacil loboli. 


    Ferie w szkole pozwolily nam na chwile odetchnienia i tak to zwiedzielismy poludniowoafrykanskie co nieco. Tak o to zawitalismy do Durbanu. Pierwszy dzien zwiedzania i podziwiania oceanu chyba nieco namieszal nam w glowach, kiedy to postanowilismy wrocic autobusem do miejsca naszego noclegu po zachodzie slonca. Ludzie nieco dziwili sie, gdy pytalismy, jak mozemy znalezc przystanek czy rozklad jazdy, no przeciez widzimy tyle autobusow i malych busow krazacych po ulicach. Male busy mialy swoj klimat, jezdzily jak szalone po durbanskich ulicach i zabieraly pasazerow skad kolwiek i dowoazily dokad kolwiek. Rozbawieni i tanczacy pasazerowie zapraszali nas do skorzystania z tego najpowszechniejszego tutaj transportu, jednak odmowilismy, wciaz uparcie szukajac przystanku dla autobusow wygladajacego niemalze jak nasza polska komunikacja miejska. Miejscowi jednak nie mieli pojecia o co pytamy i za kazdym razem odsylali nas do szalonych busow. Kilka minut po 18, sciemnia sie i robi sie coraz nieciekawiej. Grupki mezczyzn przygladaja sie nam, czekajac tylko na okazje, na drobny blad, jak odlaczenie sie od reszty (byla nas czworka), puszczenie luzem na ramieniu torebki, czy wyjecie telefonu z kieszeni. Kiedy to jedna z grup szla wprost na nas pokazujac skladanego noza uznalismy, ze sytuacja robi sie coraz bardziej nieciekawa, wiec wchodzac pospiesznie do jednego ze sklepow posluchalismy rad sprzedawcow o jak najszybszym usunieciu sie z durbanskich ulic. Za ich rada wzielismy takze taksowke. Za kierownica siedziala kobieta i mimo, ze zazyczyla sobie sporej sumy wsiedlismy do samochodu, sluchajac kolejnych opowiesci o poludniowoafrykanskich przestepcach i zakazach spacerowania o zmroku. Niestety kolejny dzien z powodu kilku przygod i przez to dlugiego czekania na transport wygladal podobnie. Tym razem taksowka, taksowkarz i osoba, ktora usilnie probowala nas zachecic do przejazdzki wygladaly podejrzanie, wiec postanowilismy po prostu zniknac. Taksowka wraz z dwoma mezczyznami nas dogonili wciaz zachecajac do skorzystania z ich transportu, dobra wymowka i kilka randow zaplaty za fatyge tym razem skutecznie pozwolily nam pozegnac milych panow. Dwa wieczory z nuta strachu ostatecznie sprawily, ze zrozumielismy zasady panujace w tym kraju, a glowna brzmi "nie wychodz po zachodzie slonca". Nie bez powodu tez w sklepach sa kraty, a produkty podawane sa albo przez niewielkie okienka albo szczeliny miedzy szczeblami krat.




     Niestety czas nieublagalnie plynie i koniec juz coraz blizej, stramy sie jednak korzystac z kazdej afrykanskiej chwili. Czas w Afryce wydaje sie plynac inaczej, wolniej i nie bez powodu mowi sie, ze Europa ma zegarki, a Afryka ma czas. Miejscowi pytaja, czy przejdziemy ponownie, proszac bysmy nastepnym razem zostali jednak dluzej. Opowiadaja przy tym o problemach z dostepem do opieki medycznej, o tym , ze wiekszowsc lekarzy pracuje w sektorze prywatnym na, ktory ich nie stac, a wielu tych z sektora publicznego po prostu sie o nich nie troszczy, stad skazani sa na samych siebie i oczywiscie szamanow. Za 4 dni  koncza sie ferie , wiec cisze misji znow wypelni gwar dzieci.







wtorek, 17 września 2013

Kumotscho z 4 klasy miała ochotę spędzić trochę czasu w naszym towarzystwie po szkole. Pomagała mi zakładać opatrunki i pilnowała dyscypliny przed gabinetem wśród gromadki pacjentów. Dzieci z wioski uczęszczające do szkoły St Francis dostają jeden  posiłek o godzinie 9:30, dla wielu jest to jedyny posiłek w ciągu całego dnia. Po przyjęciu wszystkich pacjentów zabrałam więc Kumotscho do kuchni,  zapytałam na co ma ochotę, ta widząc Marcina wyjmującego z lodówki parówki, oznajmiła, że chce dokładnie to samo. Dostała więc na talerzu parówkę i kromkę pszennego chleba z serem, a obok położyłam nóż i widelec. Szybko się zorientowałam, że Kumotscho nawet nie zwróciła uwagi na sztućce,  zawinęła parówkę chlebem i już zabierała się do jedzenia, gdy zobaczyła Marcina krojącego parówkę nożem i widelcem. Szybko sięgnęła po swoje sztućce i uważnie obserwując Marcina ruchy zabrała się do krojenia. Pokazałam co i jak, a jej ten sposób jedzenia bardzo  się spodobał. Usiadła prosto i naśladowała każdy mój i Marcina ruch włącznie z eleganckim pozbywaniem się okruszków z kącików ust. Taka to nasza mała dama.




Mało kto spożywa jedzenie za pomocą sztućców, palce u dłoni idealnie spełniają ich rolę. Tradycyjną i najbardziej znaną i lubianą potrawą w RPA jest bohobe, czyli kasza kukurydziana gotowana z wodą, z czego powstaje biała papa i tak też wielu ludzi nazywa tutaj bohobe, papa. Bohobe można jeść jako samą potrawę, ale najczęściej dodaje się sosu, mleka ( bohobe na słodko), warzyw, mięsa lub gotowanej ryby z puszki ( ta ostatnia opcja najbardziej mnie odstrasza, ale chyba tutaj jest najbardziej popularna). Papę następnie formuje się w palcami w kulki i macza w sosie. Stanowi to istny przysmak mieszkańców Południowej Afryki, ja jednak wciąż się nie mogę przekonać do tego cuda.
Ciekawym eksperymentem było spróbowanie znanych tutaj mopane worms, czyli larw ćmy. Mieliśmy okazje spróbować je w najprostszej postaci, jako po prostu ususzone robaki oraz w zalewie z przyprawami. Smak nie powalał, ale też nie zniechęcał, bardziej zniechęcał widok i dźwięk przegryzanego pancerza robaka. Spróbowałam, ale jednak nie pokuszę więcej.

Mopane worms "na sucho"

Południowa Afryka ze względu na swój klimat obfituje w owoce, z czego najwięcej jest plantacji pomarańczy i cytryn, a także mango, kokosów, nieco mniej bananów. Ciekawym przysmakiem jest owoc baobabu. W środku konsystencja gąbczasta, w której zanurzone są pestki. Po rozłupaniu odrywa się kawalek i żuje gąbczasty miąższ wypluwając raz po raz pestki.
Podróżując samochodem niemalże przy każdej drodze można spotkać sprzedawców trzciny cukrowej, której odrywa się kawałek po kawałku i wysysa słodki sok.
Zasoby owoców, warzyw i różnorodność mięsa jest całkiem spora, jednak dla każdego wciąż największym przysmakiem pozostaje szybko sycąca i łatwa w przyrządzeniu papa- bohobe.









Ostatnie dni poświęciliśmy głównie zajęciom edukacyjnym. Klasy z podstawówki dowiedziały się co nieco na temat zasad higieny, starszych uczyliśmy pierwszej pomocy. Zainteresowanie uczniów tym, jak pomóc komuś w potrzebie przerosło nasze oczekiwania, a co najważniejsze wybiliśmy im z głowy ich własne pomysły udzielania pierwszej pomocy. Teraz już wiedzą, że osoby z atakiem padaczki wcale nie polewamy wodą, a poparzeń nie leczymy moczem. Dzieci natomiast zapewniają, że już więcej nie będą piły wody ze zbiorników na deszczówkę, bo wiedzą co się w niej czai. Nawet bez naszych szkoleń wiedziały o tym, że komary przenoszą malarię,  że brudna woda może być przyczyną cholery, a co zwróciło nasza największą uwagę, każde recytowało sposoby zakażenia  HIV, nawet te najmłodsze.


Tak wlasnie myjemy rece 

 
A tak myjemy uszy :)


Nadchodzace lato odczuwamy coraz to wyrazniej z kazdym dniem. Upaly stanowia bodziec dla wszelkich stawonogow i gadow, stad tez do naszego afrykanskiego domku ponownie zawitaly pajaki, tym razem inne gatunki wieksze i niebezpieczne oraz roznego rodzaju, niezidentyfikowane stworzenia latajace, chodzace i pelzajace. Swoja wizyta uraczyl nas tez mlody skorpion oraz jaszczurka szukajaca czegos w moich ubraniach. Chyba sie przyzwyczajamy, coraz czesciej gdy zasypiam czuje, gdy cos spada na moja reke, bywa, ze i twarz, pospiesznym ruchem odganiam stworzenie i probuje zasnac, nie myslac jaki to gosc uraczyl mnie swoja wizyta w lozku. Podobno koty sa naturalnymi wrogami tych wszystkich stworzen, tak wiec Marcin postanowil przygarnac miejscowego kota. Nowym przyjacielem postanowil sie rowniez pochwalic dzieciom, ku naszemu zdziwieniu kazde dziecko widzac Marcina z kotem na rekach ucieka z krzykiem. Miejscowi boja sie drpaieznikow, a kot nie jest uwazany tutaj za zwierze domowe, ale dzikie stworzenie z buszu.